Prawnik bez bloga jak bez kancelarii

przez Rafał Chmielewski dnia Sierpień 16, 2011

Chodzi mi o to, że jest wielu prawników, którzy udzielają się aktywnie w różnych miejscach sieci. Mógłbym nawet powiedzieć, że są mistrzami social marketingu. Albo „opanowali ” jakieś forum, albo grupę dyskusyjną na GoldenLine, albo jeszcze gdzieś.

I super! Robią wiele dobrego i pożytecznego.

Ale nic z tego nie wynika dla nich samych (poza może poczuciem zadowolenia).

W czym problem?

W tym, że pomoc tego rodzaju jest jednorazowa: dużo pracy – mały zysk (materialny).

Chodzi o to, aby bezinteresowna pomoc miała również przełożenie na dochody. Zarówno wobec tego, komu się pomogło, jak również wobec tych, którzy będą ową pomoc konsumowali potem.

Przecież byłoby totalnie bez sensu chodzić po ulicy i pomagać za free każdemu, kto tego potrzebuje. To już lepiej „zgarnąć” takiego delikwenta do kancelarii, nawiązać z nim cień relacji, pomóc.

Dlaczego?

  1. będzie chętniej polecał,
  2. a może będzie chciał jednak zapłacić za usługę,
  3. czując się przy tym zadowolony (odpowiednia relacja powoduje, że klienci są szczęśliwi, kiedy mogą zapłacić),
  4. pewnie będzie potrzebował jeszcze czegoś.

Zostawiając go na ulicy traci się wiele. Również przyszłych klientów.

Podobnie prawnik udzielający porad np. w grupie dyskusyjnej. Musi mieć miejsce, do którego będzie mógł ściągnąć nie tylko potrzebującego, ale przede wszystkim tych, którzy przyjdą po nim. Tym miejscem jest jego blog. Za jego pomocą można nawiązać właściwą relację i ją utrzymać.

Blog to Twoja kancelaria w sieci.

Z mojego doświadczenia

Kiedy jeszcze aktywnie prowadziłem blog podatkowy, szeroko udzielałem się na forach i grupach dyskusyjnych (to z resztą wg mnie najlepsza technika marketingowa wszech czasów). Ale nie mogłem wejść do jednego z for na portalu Gazety W., gdyż tam bardzo udzielała się niejaka belladonna. Forum było przez nią dosłownie zdominowane.

Ale sieć, to nie real. Wiele można zrobić. Poza tym zawsze trąbię: nie masz konkurencji – masz partnerów, z którymi możesz się dogadać.

Co zrobiłem?

Nawiązałem z nią kontakt. Okazała się kobietą, pracownikiem jednego z organów podatkowych. Skłoniłem ją do tego, aby odpowiadając wspominała czasem o moim blogu, co chętnie robiła (kwestia odpowiedniej relacji). Miałem z tego ogromną korzyść: jej autorytet podnosił wizerunek mojego bloga i zyskiwałem wiele wejść, praktycznie bez pracy.

Namawiałem ją na blog, ale ze względu na swój zawód i miejsce pracy, nie chciała tego robić. W rezultacie odpowiadała dalej na pytania gości forum i wszyscy mieli z tego korzyść. Ona również. Ale niestety najmniejszą.

{ 2 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Grzegorz Furgał Sierpień 17, 2011 o 4:29 am

moim zdaniem nie jest to prawda. Nie kazdy jest mistrzem pisania bloga, a nawet jesli potrafi pisac, moze po prostu nie odnajdywac sie w tym. Jesli jest mistrzem w komentowaniu zdarzen na forach lub grupach dyskusyjnych, niech tak bedzie. To tak jakbysmy komus kazali jesc wątróbkę, mimo że tego nie lubi. Nie zmuszajmy ludzi do dzialan, do ktorych mają awersję. Pytanie jednak pojawia się następujące: dlaczego mają tę awersję? Może nie są przekonani do tej drogi komunikacji, może mają złe wspomnienia, może nienawidzą pisać własnie na blogu? Dlatego też na swoim blogu piszę o korzyściach, kiedyś pisałem o stereotypach związanych z zagrożeniami dotyczącymi social media, a zatem jak ze wszystkim – po pierwsze edukacja. Ale jeśli ktoś nie chce pisać bloga, nie namawiajmy na siłę.

Odpowiedz

Rafał Chmielewski Sierpień 17, 2011 o 8:34 am

Witaj Grzegorzu!

Dziękuję za Twój komentarz!

Masz rację: blog nie jest dla każdego.

Ja jestem zwolennikiem podejścia takiego: robię to, co jest na pewno skuteczne, resztę testuję i sprawdzam, czy działa, czy nie.

To, o czym tutaj piszę, jest skuteczne. To, o czym tutaj piszę, stosowałem już w czasach, kiedy bloga prawniczego jeszcze nie było w Polsce, a jedyną osoba poza mną, która wiedziała, co to jest, był Mikołaj Barczentewicz. Wiem zatem (przynajmniej wynika to z mojego doświadczenia) co działa, a co można sobie darować.

I to nabiera znaczenia szczególnie w naszej branży: mamy mało wartościowego czasu. Szkoda więc czasu na techniki, które może są skuteczne, ale tak naprawdę nie wiadomo. Może. A w mojej opinii – nie.

Kiedyś miałem seminarium dla marketingowców z dużych kancelarii i firm konsultingowych. W tej grupie była osoba, która jest social media manager’em w jednej z firm BIG4. I owa osoba negowała wszystko, cokolwiek powiedziałem, a szczególnie to, że radziłem wszystkim ostrożność w aktywności na FB.

Pytanie jednak jest takie: ilu klientów pozyskała dla swojej firmy realizując strategię e-marketingową na FB?

Ja zdobywam kilku potencjalnych klientów dziennie. Całkowicie automatycznie. Wiem, jak to zrobić i jak przekształcić tych potencjalnych klientów w klientów rzeczywistych. I nie jest to ciężka praca. Powiedziałbym nawet, że lekka.

Dlatego kiedy piszę Grzegorzu, że udzielając się na forach, czy grupach dyskusyjnych warto mieć blog, to wiem co mówię. Nie piszę jednak: „musisz mieć blog, bo inaczej zginiesz!” 🙂 Nikogo nie namawiam.

Mówię tylko: co warto zrobić, co działa, jak oszczędzić przy tym czas i pieniądze, i jak na tym zarobić. Bo w ostatecznym rozrachunku liczy się najbardziej to, czy mam co jeść, czy mogę kupić dziecku zabawkę i pojechać z nim na wakacje (kto ma dzieci, to rozumie :))

Pozdrawiam Grzegorzu! I życzę Tobie miłego dnia!
Rafał

Odpowiedz

Dodaj komentarz

{ 1 trackback }

Poprzedni wpis:

Następny wpis: