Nawiązuję do mego poprzedniego postu…
… a więc tak…. Mój BlackBerry się rozleciał. W zasadzie nie rozleciał, a spasował. Podczas wgrywania którejś z kolei aplikacji, bezczelnie pokazał mi środkowy palec w formie białego ekranu z napisem Reload Software.
Pech był taki, że byłem bardzo daleko od komputera i internetu. Więc zostałem nagle pozbawiony łączności ze światem. Aż mi dech zaparło…
Kiedy się dostałem do własnego komputera okazało się, że – na szczęście – web.lex działa jak działał (dzięki mojej prawej ręce Mateuszowi Kapuścińskiemu), ale też, że – niestety – sam problemu z BlackBerry nie rozwiążę…
W salonie PLAY powiedziano mi, że Jeżynkę mogę wyrzucić.
Nie miałem więc wyjścia: ratował mnie jedynie nowy aparat.
No ale…. BalckBerry (wcześniej RIM: Research In Motion) nie wiadomo jak długo pociągnie. A jak pociągnie dłużej, to pewnie w rękach Chińczyków (jak donoszą tu i tam różne kolorowe i żądne sensacji media). W każdym razie wynik wyboru dla BB był negatywny.
Jedyne co mogłem zrobić w tej sytuacji, to zakupić nowego, pięknego, czarnego iPhone. A że należę do wyznawców firmy Apple, to wybór ten nie szczególnie wpłynął na pogorszenie mojego nastroju. Wręcz przeciwnie.
… ale co z tego wynikło…
Wracając wieczorem do domu, i wciąż będąc odciętym od świata (dziecko Apple jeszcze nie działało), zaszedłem na espresso macchiato do Starbucks’a. Usiadłem w wygodnym fotelu. I oczywiście sięgnąłem do kieszeni po komórkę, aby odczytać korespondencję, sprawdzić co w blogu, na Twitterze, itp. … Przyzwyczajenie….
Chcąc nie chcąc zacząłem obserwować co się dookoła mnie dzieje…
I…
Ujrzałem, że większość ludzi ze spuszczonymi głowami klikała na swoich smartfonach, tabletach, czy przy zwykłych laptopach. To był dziwny widok.
Bo dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że robię dokładnie to samo: odbieram mój, przeze mnie zaprojektowany świat, nie w sensie rzeczywistości, ale w sensie wirtualnym. Że komunikuję się z masą ludzi, nie w świecie rzeczywistym, ale za pośrednictwem martwego urządzenia. Dla człowieka ery brązu, byłbym kosmitą. Dla człowieka romantyzmu – nudziarzem. Dla człowieka XX wieku – kimś interesującym. Dziś jestem normalny. Dla człowieka z roku 2020 byłbym…. zacofany?
Wszystko tak szybko dziś się zmienia… Zmieniamy się my, nasze przyzwyczajenia, nawyki…
Gary Vaynerchuk mówi, że należy podążać tam, gdzie podążają oczy naszych klientów. Mówi, że wielkie billboardy nie mają sensu, bo ludzie chodzą z głowami spuszczonymi w dół, zapatrzeni w swoje smartfony.
Coś w tym jest.
COŚ.