Blog prawniczy to miecz obosieczny

przez Rafał Chmielewski dnia 24 listopada, 2015

Dlaczego?

Dobry blog prawniczy powinien z jednej strony przyciągać, ale z drugiej odpychać.

Jeśli będziesz chciał przyciągnąć wszystkich, to wszystkich odepchniesz. Chodzi o to, aby zacząć odpychać, wtedy zaczniesz przyciągać.

{ 0 komentarze }

Kiedy klawiatura stawia Ci opór

przez Rafał Chmielewski dnia 23 listopada, 2015

No właśnie … dziś mam taki dzień…

Jaki?

No taki, że robię masę bledów, literówek, muszę się cofać, zmieniać, kasować, itd.

Klawiatura mojego komutera, jakby była zagubioną igła po operacji wurostka robaczowego w ciele pacjena – jest cialek obcym. Zdecydowanie nie wspópracyje ze mną. Stawia niemy opór.

bywa tez inaczej – rozumemy się bez słów.

Ale dziś jest bezwgledna.

Dawny Kominek zapewne zakończył by to epitetem – Szmata. Ale ja się ogrnczię do stwierdzena: Macboki mają jednak wady i one głównie dotyzcą klawiatur – się kurzą i bywa, że nie współpracują.

😉

{ 4 komentarze }

Polecenia w realu i sieci

przez Rafał Chmielewski dnia 20 listopada, 2015

Zrzut ekranu 2015-11-19 o 22.03.49

A…. taki drobny tekst napisałem na stronie web.lex Synergy. O tym, co to jest polecenie klienta i o co chodzi z tym poleceniem w sieci.

Bo przecież polecenie to nic innego jak komunikacja. A dzisiejszy stan internetu to nic innego jak także komunikacja. Zatem sieć może być idealnym miejscem do masowych i tanich poleceń.

O tym właśnie tutaj: weblexSynergy.pl

{ 0 komentarze }

Prezentacja w marketingu kancelarii prawnej – od strony technicznej

przez Rafał Chmielewski dnia 18 listopada, 2015

Tego tematu jeszcze w tym blogu NIE poruszałem. Tematu prezentacji.

A przyszedł mi do głowy dziś rano, kiedy jeszcze wszyscy spali, a ja zamiast postrzelać na nowej konsoli plajstejszyn, tradycyjnie i niemodnie sięgnąłem po książkę. Nikogo innego jak Tomka Tomczyka. A tam cały rozdział o tym właśnie.

Ja się rozwodził nie będę. Mam kilka spostrzeżeń jedynie:

1. zazwyczaj prezentacje – a mam tutaj na myśli zarówno ich warstwę graficzną, jak i sceniczną – są nudne i ciągną się jak flaki z olejem.

Dlaczego?

Bo nie łapią za serce. Na obrazkach cyfry i nudne kolory, a prezenter siedzi za stołem, czy stoi jak kołek. Nie ma w nich emocji. Można wytrzymać 20 minut z uwagą, a potem połowa śpi, a druga połowa (ta większa połowa) głaszcze smartfony.

Czy podczas wykładu prawniczego można wygłosić emocjonalną, czyli dającą się zapamiętać i wnoszącą coś w życie słuchaczy, prezentację?

Wszystko można. A jeśli myślisz, że nie można, to patrz punkt pierwszy 🙂

2. zazwyczaj programem używanym do prezentacji jest PowerPoint. Rzadziej Prezi.

Z PP kiedyś korzystałem, ale od kiedy mam Mac’owski Keynote, to uważam, że nie ma gorszego programu do prezentacji niż PP. Żeby nie zrobić dobrej graficznie prezentacji w Keynote, trzeba być wyjątkowym beztalenciem. W Keynote grafika jest znacznie lepsza, a do tego oprogramowanie to zawiera opcje i funkcje, o których Pakiet Office może tylko marzyć. Adios PP! Wybacz Bill….

Co do Prezi – nigdy z niego nie korzystałem. Są tacy, co się nim zachwycają. Dla mnie jest to przerost formy nad treścią. A ruszająca się grafika odciąga uwagę od meritum.

Zauważyłem, że ludzie, którzy kupują sobie najlepsze komputery pod słońcem, czyli Maki, kiedy dokupują do tego jeszcze pakiet ofis na Maka, to już nie próbują genialnego Keynote, tylko zostają przy prymitywnym PP, bo nie mają czasu na wycieczki po nieznanym lądzie. Bez sensu.

3. moja opinia jest taka: Najlepsza prezentacja to prezentacja bez prezentacji. Od jakiegoś czasu podczas różnych wystąpień mówię bez obrazków za plecami. Po prostu. Wychodzę i mówię.

Dlaczego?

Slajd na konferencjePo pierwsze dlatego, że nie lubię dłubaniny przy tworzeniu prezentacji. Jeśli już coś ma być, to wystarczy jeden obrazek, taki jak ten na przykład.

Po drugie, wolę skupić uwagę na sobie i na tym, co mam do powiedzenia, niż na obrazkach.

Po trzecie, mogę się skupić na reakcjach i emocjach publiczności

Po czwarte, osobiście czuję się mniej skrępowany – mam większą dowolność w kształtowaniu bieżącego toku wystąpienia.

Po piąte, mam wolną rękę, która nie musi dźwigać prezentera, a zatem mogę jej używać bardziej aktywnie do mowy ciała.

Oczywiście opowiedzenie wszystkiego z głowy wymaga solidnego przygotowania. Nie może być sytuacji, w której czegoś zapomnę, bo będzie klapa. Dlatego zazwyczaj przygotowuję się na dwa tygodnie przed wystąpieniem. Że kiedy wchodzę na scenę, wiem dokładnie jaki jest tok mojego wystąpienia. Pamiętam wszystko. Dwa tygodnie to jest sporo czasu, ale potem swoboda, lekkość i panowanie nad wszystkim dają prawdziwą satysfakcję interakcji z publicznością.

4. powyższe powoduje, że lubię publiczne wystąpienia. Ale nie oznacza to, że nie odczuwam tremy. Sądzę, że trema jest czymś normalnym. Ale kiedy jesteś przygotowany, to trema zawsze jest mniejsza. Zresztą ona jest jedynie tuż przed wystąpieniem. Po wypowiedzeniu kilku pierwszych zdań – znika zupełnie.

Jakie jest najlepsze lekarstwo na tremę?

Głęboki oddech.

Wypróbuj następnym razem. Ja testowałem to jeszcze przed egzaminami podczas studiów na UW. Naprawdę działa na 100%.

5. Kiedy masz już tę swoją prezentację, obojętnie w czym zrobioną, możesz ją wykorzystać do marketingu kancelarii, kancelaryjnej strony www, czy swojego bloga prawniczego.

Jak?

Załóż sobie profil na SlideShare.com i umieść tam obrazki. Prezentacja w tym systemie genialnie się pozycjonuje. A do tego jeśli masz profil na LinkedIn, to jest ona dostępna dla Twoich znajomych, potwierdzając w sposób mniej lub bardziej atrakcyjny Twoją wiedzę i doświadczenie.

*****

Nie jestem mistrzem prezentacji, ale zwyczajnie lubię gadać i przy tym machać rękoma.

Trzymaj się, cześć!

🙂

{ 2 komentarze }

Tytuł tego postu wymyśl sobie sam

przez Rafał Chmielewski dnia 13 listopada, 2015

Dziś nie o e-marketingu prawniczym, ale o czymś kompletnie innym.

Tak się złożyło, że dziś, czyli w piątek, 13-go dnia listopada, ukończyłem kolejny rok mojego skromnego życia.

Nie, nie jest to żadna tajemnica, ile to już wiosen za mną. Niestety już 40. Jak na to patrzę, to sam nie mogę uwierzyć…

Ale…

Nigdy jeszcze nie byłem tak zadowolony ze swojego życia, jak dziś. Wszystkiego mam pod dostatkiem: jestem zdrowy i cała moja rodzina jest w doskonałym zdrowiu (poza incydentami, co jest oczywiste – nie traktuję tego w kategorii choroby), moja firma – web.lex – się rozwija, zarówno pod względem ilości kancelarii, które wspieramy, jak też pod względem osobowym (powiększony zespół) i w kontekście coraz bogatszej oferty.

Mało tego, wspólnie z Maćkiem Gnyszką i jego Pracownią Synergii powołałem do życia kilka miesięcy temu spółkę córkę web.lex Synergy, która ma uzupełnić ofertę e-marketingową i PRową web.lex.

A przede mną kolejne plany, o których wie tylko garstka najbliższych mi ludzi.

Czas leci …

Z perspektywy 40 szczebla drabiny widać inaczej pewne rzeczy, których nie widać z perspektywy szczebla 2o, czy 30, albo widać je kompletnie inaczej.

Urodziłem się w czasach, kiedy na ulicach stały saturatory z wodą mineralną, a na nowy rower trzeba było czekać wiele miesięcy, bo zwyczajnie rowerów w sklepach nie było. Samochód używany był droższy, niż auto z fabryki. Kiedy po kawę trzeba było wybrać się w wielogodzinną czasem podróż w kolejkę do pobliskiego sklepu. Kiedy pomarańcze płynęły statkiem do Polski i wszyscy się tym niemiłosiernie ekscytowali.

W roku 81 pamiętam na ulicach Szczytna wozy opancerzone jadące w kierunku Gdańska i godzinę policyjną. Pamiętam mojego wujka, który pod osłoną nocy, kryjąc się za drzewami przed milicją i ZOMO, przemykał do swojego domu z przystankiem na Sienkiewicza 7.

To były dziwne czasy, ale miały w sobie pewien urok, do którego dziś tak wielu tęskni.

W roku 89 pamiętam, jak moja mam ze łzami w oczach oglądała z relację z obrad Sejmu wolnej Rzeczypospolitej Polskiej. Pamiętam wynoszenie flagi PZPR i dywagacje, czy orzeł ma mieć koronę otwartą, czy może zamkniętą. Pamiętam doskonale pierwszych ministrów, którzy dokonali cudu dźwigając wszystko z czarnego dołka do poziomu zero, aby było w ogóle na czym budować dalej. Pamiętam naprawdę ciężką pracę pierwszych parlamentarzystów.

Zmianom ustrojowym towarzyszyła też zmiana gospodarcza. Nagle w sklepach zaroiło się od produktów. Pierwsze parówki, ładniejsze opakowania. Pierwsze reklamy w TV: Secol, Arkon, Universal, itp. Wtedy był to idealny moment na każdy biznes. Nawet bez jakiejkolwiek strategii marketingowej – wystarczyło mieć cokolwiek na sprzedaż i to się sprzedało.

W roku 90 opuściłem rodzinny dom i zamieszkałem w pięknym Gdańsku

Spędziłem tam pięć wspaniałych lat marząc o karierze muzyka, ucząc się w liceum muzycznym. W roku 95 przywędrowałem do Warszawy, gdzie zacząłem pracę w jednej z tutejszych orkiestr.

Warszawa jednak przyniosła istotny przełom w moim życiu, bowiem wtedy odechciało mi się być muzykiem. A dokładniej, to uznałem, że ten świat artystyczny, to nie jest miejsce dla mnie. Wiedziałem już, że kariery nie zrobię (brakowało mi umiejętności, które geniusze muzyczni wysysają z mlekiem swoich matek – muzyków), ale i zawód artysty widziany od kuchni nie należy do tych z serii niedzielnej sielanki.

Zacząłem więc zastanawiać się, co dalej…

W roku 96 wydawało mi się, że dobrą przyszłość zapewni mi zawód albo prawnika, albo ekonomisty. Drugi kierunek jednak odpadł w przedbiegach, bo nie miałem szans za nadrobienie zaległości z matematyki, toteż drogą eliminacji zostały na horyzoncie studia prawnicze na UW.

I w październiku 1996 roku rozpocząłem moją edukację prawniczą zajęciami z Logiki (jednocześnie wciąż grając w orkiestrze – musiałem się z czegoś utrzymać przecież – i kontynuując studia instrumentalne, które podjąłem zaraz po ukończeniu liceum muzycznego). Każdy mój dzień zaczynał się pracą w zespole, po czym o godzinie 15.15 siedziałem już na wykładach do godziny 20.05. Uczyłem się w nocy. A na studia instrumentalne miałem w weekendy.

Cudem było to, że ukończyłem pierwszy rok studiów prawniczych… Ale już wiedziałem, że jeśli ukończyłem ten etap, to dojdę do końca. Schudłem wtedy niemiłosiernie. Dlatego, że mało co jadłem, bo nie miałem na to czasu. Do tego był to fizycznie i psychicznie duży wysiłek.

Podczas drugiego roku studiów na UW wydarzyło się jednak jeszcze coś, co zaważyło na moich dalszych losach. Siedząc na wykładzie w Audytorium Maximum pod ławką wymacałem jakiś…

katalog

Był to wykaz najlepszych pracodawców dla absolwentów studiów prawniczych. Były tam głównie firmy z otoczenia – wtedy jeszcze – BIG5, i dla mnie było to odkrycie nowego świata. Szczególnie podobało mi się KPMG, więc od tej pory zamarzyłem sobie pracę w tej korporacji.

Studia prawnicze mi się przeciągnęły nieco, gdyż musiałem ukończyć przede wszystkim studia muzyczne a do tego przez 1,5 roku prowadziłem z całkiem dobrym sukcesem małą firmę. Więc nie miałem czasu na podwójną naukę i podwójną pracę jednocześnie. Jakoś to musiałem poukładać i uporządkować. W końcu 2000 wyzwoliłem się ze wszystkich ogonów i skupiłem się na dokończeniu studiów na UW i na mojej podatkowej specjalizacji (pasją do taxów zaraził mnie prof. Modzelewski – genialny opowiadacz :))

W końcu ukończyłem UW i poszedłem na SGH na studia podyplomowe, a po ich ukończeniu i definitywnym rozstaniu się z muzyką rozpocząłem pracę w miejscu moich marzeń, czyli w KPMG. To był niewątpliwie duży zwrot w moim życiu, ale dodatkowo o jego doniosłości niech świadczy jeszcze to, że wtedy urodziło się moje pierwsze dziecko.

Nie podejrzewałem jednak, że powoli zbliża się kolejny przewrót…

Cóż … praca moich marzeń okazała się pracą, której nie rozumiem, w której nie potrafię się zaklimatyzować. Bardziej przypominała mi klatkę, niż wizję wolności, jaką miałem po lekturze wspomnianego wyżej folderu. Próbowałem i uczciwie starałem się dostosować, ale jednak jakoś współpraca nasza szła jak po grudach. Moją wymarzoną korporację przestałem więc lubić (jeśli kiedyś taki stan w ogóle miał miejsce), a czarę goryczy przelał dialog z moim młodszym ode mnie szefem: [miałem go przytoczyć, ale szkoda miejsca i Twojego czasu…].

Podjąłem więc poważną decyzję o rozstaniu.

Tylko co mam zrobić?

Miałem już doświadczenie w biznesie, więc pomyślałem, że może założę firmę. Po głowie chodziły mi różne pomysły. To był rok 2007. Ostatecznie uznałem, że spróbuję sprzedać wiedzę z zakresu opodatkowania dochodów zagranicznych, którą wówczas już jakąś tam miałem.

Nie od razu powstał mój blog PodwojneOpodatkowanie.pl. Wcześniej było jeszcze kilka, bardziej nieudanych niż udanych, poważnych i mniej poważnych prób, ale ostatecznie stanęło na tym, że z dniem 31 grudnia roku 2008 rozstałem się z KPMG mając ze sobą blog podatkowy, generujący mi bardzo przyzwoite dochody.

Zatem przez cały rok 2009 pracowałem max 3 godziny dziennie prowadząc swojego bloga, pisząc artykuły do Gazety Prawnej, sprzedając swoje poradniki i szkolenia.

I …. przez cały ten czas dojrzewała we mnie myśl: „A może moją wiedzę i doświadczenie powinienem pokazać w branży prawniczej?”. W końcu w grudniu 2009 roku założyłem nowy blog…

e-MarketingPrawniczy.pl

… po gruntowanej analizie rynku amerykańskiego w tym zakresie. I – w momentach, kiedy Jaś spał w ciągu dnia – edukowałem branżę prawniczą pisząc kolejne artykuły i dzieląc się swoją wiedzą i doświadczeniem. Jak to wyglądało, możesz zobaczyć przenosząc się na najstarsze artykuły w tym blogu 🙂

Naiwnie myślałem, że znalazłem niszę … Spotykałem się moim kolegami z czasów studiów, którzy już wtedy mieli swoje kancelarie i byli po ukończonych aplikacjach [nikt z nich nie został (na szczęście) Autorem bloga w web.lex]. Przez rok nie działo się nic. Zupełnie nic. Zacząłem już tracić nadzieję. Znajomi i rodzina pukali się w głowę, że miałem taką dobrą pracę, a ja, zamiast walczyć ze sobą, postanowiłem być wolny. Mając w dodatku rodzinę na utrzymaniu…

Jednak rok to nie jest wystarczający okres, po którym można powiedzieć, że firma nie wypaliła. Przynajmniej nie taka, jak web.lex, która tworzy nową jakość. Po roku mniej więcej zbudowaliśmy blog dla naszego pierwszego Autora, potem drugiego, i trzeciego. I potem blogi prawnicze zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. W końcu zdałem sobie sprawę z tego, że nasze blogi prawnicze są nawet lepsze niż te amerykańskie [do dziś na świecie poza USA i PL jest bardzo mało blogów kancelaryjnych].

Obecnie web.lex wspiera około setki blogów prawniczych i ich Autorów. Samych blogów jest powyżej 110. Zbudowaliśmy 3 serwisy promujące te blogi i budujemy następne. Tworzymy nowe usługi i dodajemy coraz to większej wartości do tego, co możemy z siebie dać pomagając kancelariom w rozwoju.

Najwspanialszą rzeczą jednak jest to

że w tym wszystkim mogę robić tylko jedną rzecz: dbać o naszych Autorów i pracowników. Nie interesuje mnie konkurencja, rynek, polityka samorządów prawniczych, nadmuchane konferencje, kosmiczne strategie marketingowe, podchody i inne rzeczy, które nie leżą w mojej naturze. Chcę nieść promień słońca i dawać odrobinę radości do codziennego życia ludzi, z którymi się spotykam i którzy mnie otaczają. To jest dla mnie najlepsza strategia marketingowa w web.lex.

I najlepsza strategia na ciekawe i radosne życie.

===

Uprzedzę Twoje pytanie: nie schodzę z pokładu przed 120 wiosnami 🙂

{ 20 komentarze }