Kiedy masz w swojej kancelarii super bloga i ten blog rozwija cały Twój biznes, to w pewnym momencie stajesz przed koniecznością zatrudnienia kogoś do pomocy.
Kogo wtedy poszukujesz? Jakimi kryteriami się kierujesz? Jak szukasz kandydata do pracy, czy do współpracy? A może poszukujesz partnera?
Z reguły nie wiemy jak dobrze zatrudnić (w szerokim tego słowa znaczeniu) osobę do pomocy. Wtedy nieświadomie popełniamy te same błędy, które widzieliśmy już gdzieś indziej, nie mając świadomości, że można kompletnie inaczej. Robiąc to samo, otrzymujemy ten sam efekt: pracownika nielojalnego, który pracuje „tak sobie” albo jeszcze gorzej dopóty, dopóki mu płacisz.
Wymówką jest wtedy: przecież tak dzisiaj jest. Albo: to pokolenie X, czy Y, czy Z (nie mam pojęcia co te modne hasła oznaczają). Przechodzisz nad tym do porządku dziennego. Albo zawijasz rękawy i dalej zaginasz sam – jeszcze ciężej – bez sensu.
A tymczasem kluczem jest osobowość. Osobowość nie tylko Twojego przyszłego pracownika, ale i Twoja!
Możesz powiedzieć: Rafał, ale kancelaria to nie jest budka z lodami.
Jasne, że nie jest! Dlatego tym bardziej powinieneś wiedzieć, jak odpowiednio dobierać ludzi do pracy, czy do współpracy!
***
Podczas ostatniego web.lex Meeting był u nas na szkoleniu Paweł Królak (nie będę się rozpisywał o tym szacownym przedsiębiorcy – przeczytasz więcej o Pawle tutaj >>), który zdradził nam technikę dobrego zatrudniania i podał fantastyczne procedury (warte majątek), jak to zrobić krok po kroku.
Na szkoleniu byli obecni radcowie prawni, adwokaci, rzecznicy patentowi i doradcy podatkowi, wszyscy to właściciele swoich kancelarii, i oni jak jeden mąż powiedzieli, że dla nich to szkolenie było bardzo, bardzo cenne i pomocne. Skoro oni tak powiedzieli, to na pewno i dla Ciebie ta wiedza będzie/jest wartościowa.
***
Dobrze się składa, bo Paweł akurat organizuje szkolenie na ten temat. Linka do oferty podałem na samym początku.
Ja nie mam żadnych profitów z promocji tego szkolenia i piszę o nim, bo zależy mi na tym, aby ten świat był dobrym miejscem do życia dla wszystkich. A my – przedsiębiorcy – mamy na to istotny wpływ, właśnie poprzez to, że dobrze zatrudniamy właściwe osoby. Osoba dobrze zatrudniona jest szczęśliwa i to napędza całą resztę jej życia (łącznie z jej rodziną). Osoba źle zatrudniona przenosi swoją gorycz na cały świat.
Dlatego uważam, że każdy z nas powinien umieć dobierać sobiedo współpracy właściwych ludzi. A mamy to szczęście, że jest ktoś taki, jak Paweł Królak, który nam może to pokazać.
Poprzednim razem opowiadałem Ci o bardzo wartościowych lekturach biznesowych i blogowych, które podczas wakacji możesz sobie poczytać. A dziś zdradzę Ci prostą, ale niezwykle wartościową metodę na poprawę pozycji Twojego super bloga w Google.
Otóż Twój blog prawniczy będzie się pozycjonował lepiej, jeśli będzie bardziej czytelny.
Prawda, że proste?
Dlaczego tak jest?
To też jest proste – zobacz: kiedy Twój blog jest mało czytelny, to wówczas ludzie przebywają w nim krócej, zazwyczaj nie wracają, rzadko polecają, itp. A to wszystko bada i mierzy Google.
Tym samym, jeśli Twój blog prawniczy dobrze się czyta, to ludzie siedzą w nim dłużej, więcej czytają, podlegają głębszym emocjom, a więc chętniej polecają, itd.
Jak widzisz, nie musisz być mistrzem SEO, aby istotnie poprawić pozycjonowanie swojego bloga i zwiększyć w nim ruch, a więc lepiej budować dzięki niemu swoją markę.
To będzie tekst o jednej z największych niespodzianek tego miesiąca, a może i dwóch miesięcy.
***
Poprzednim razem pisałem o kilku książkach, które jako prawnik-przedsiębiorca, powinieneś przeczytać. Bezwzględnie. To są pozycje czysto biznesowe.
I w sumie teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy w historii tego bloga nie wspominałem słowem o książkach dotyczących blogowania….
Hm… nie jest to jednak dziwne, bowiem nigdy – na szczęście – żadnej na ten temat nie przeczytałem. Gdybym przeczytał, to zapewne zamiast własnym doświadczeniem i potrzebą testowania różnych rozwiązań, kierowałbym się czyimiś spostrzeżeniami, które w przypadku bloga prawniczego nie muszą być trafne. I z reguły nie są. Inna sprawa, że kiedy zaczynałem swoją przygodę z blogowaniem siedząc jeszcze za biurkiem korpokracji, to nie było chyba w tym czasie niczego na rynku dotyczącego blogowania, a już tym bardziej bloga prawniczego.
Niemniej coś, a może nawet całkiem sporo, w tym przedmiocie się zmieniło 🙂 Otóż siedząc teraz na wakacjach dosłownie jednym tchem (528 stron) wciągnąłem książkę Tomka Tomczyka, czyli znanego pewnie Tobie – Kominka.
***
O tym, że Kominek napisał był wiekopomne dzieło wiedziałem już dawno temu. Dlaczego zatem nie kupiłem go wcześniej? Dlaczego zwlekałem mimo tego, że masa osób mówiła mi, że tę książkę po prostu trzeba przeczytać?
Powód był prosty: nigdy nie czytałem blogów Kominka. Nie czytam rzeczy, które nie wnoszą NICZEGO do mojego życia. Lubię np. Stevena Kinga, ale nie czytam go, bo nie mam czasu na zmyślone bzdury – w tym czasie mogę przecież poczytać Simona Sinka, czy Garego Vaynerchuka.
Dodatkowo kiedyś z jakiegoś powodu na blog Kominka trafiłem. I przeczytałem, że jestem… debilem. 🙂
I to była ostatnia moja wizyta w blogach tegoż. Utwierdziłem się w przekonaniu, że szkoda jest mojego czasu na lekturę faceta, który uważa, że jego czytelnicy, poświęcający dla niego z resztą czas, to półgłówki. Może, gdybym czerpał jeszcze dla siebie coś wartościowego z jego przemyśleń…, ale w obliczu wydarzeń werdykt był jeden i bezwzględny.
To dlaczego Rafał kupiłeś tę jego książkę? – zapytasz.
A no właśnie … Jeśli mnie znasz, to wiesz, że moje myśli biegną zawsze daleko naprzód. Widzę bowiem kilka nowych możliwości, które po prostu wymagają najpierw szeregu konsultacji, zanim bieg wydarzeń nabierze nowego rozpędu. I kiedy zwierzałem się z jednej idei, która od dawna chodzi mi po głowie, Maćkowi Gnyszce, powiedział on tak:
Rafał, czytałeś Kominka? Nie? To przeczytaj.
Jak tak powiedział Maciek, to zrobiłem hurtowy zakup wszystkich kominkowych książek.
I co?
***
Jest mało ludzi, którzy gnani młodzieńczymi marzeniami, mają tyle wiary, energii, siły i motywacji, aby je realizować pomimo, że cały świat im mówi, że to się nie uda, albo że tego się nie da. A Tomek Tomczyk jest właśnie takim człowiekiem. Jego historia to opowieść z serii tych od pucybuta to milionera.
Kominek od zawsze marzył o pisaniu książek. Pisał je do szuflady. Pisał nawet wtedy, kiedy różnej maści wydawcy spuszczali go na bambus. Po prostu robił swoje.
Potem (od 2005 roku) Tomek zaczął prowadzić pierwszy blog, aż stał się w końcu chyba najpopularniejszym blogerem w Polsce. Osobą wpływową, zapewne kimś w rodzaju celebryty. Napisał dwie książki o blogowaniu: Bloger i social media (którą właśnie przeczytałem) oraz Blog, a teraz na dniach ukazała się nowa: THORN. Spełnił więc, na pewno w jakiejś części, swoje marzenia.
Ale do rzeczy…
***
O ile w blogu – teraz pod tytułem Jason Hunt – wciąż nie mam czego za bardzo szukać (być może z Tobą jest inaczej), o tyle mogę Ci z czystym sumieniem i pełnym przekonaniem polecić Blogera i social media. W szczególności, jeśli prowadzisz swojego bloga prawniczego, albo co najmniej masz taki zamiar. Musisz jedynie uważać na to, że blog prawniczy różni się od lifestylowego tak, jak BMW Z4 od Johna Deer. Więc nie wszystko, co Kominek napisał, można zaszczepić do bloga w kancelarii prawnej. Natomiast pewne idee są uniwersalne i trzeba o nich wiedzieć. Na pewno warto, byś je poznał.
Osobiście cieszę się, że mam podobne doświadczenia do Tomka Tomczyka i wiele z tego, co jest w książce, po prostu już gdzieś napisałem, jako wynik moich przemyśleń i doświadczenia prowadzenia własnych blogów oraz współtworzenia ponad setki blogów z naszej Grupy.
Najlepszym przykładem niech będzie to, co napisałem kilka lat temu o tym, czym jest blog:
W Blogerze zaś Kominek napisał (tłustym drukiem):
Książkę Kominka czyta się dosłownie jednym tchem: jest napisana dobrym, potocznym językiem.
Poniżej znajdziesz książki, które uważam, że bezwzględnie musisz przeczytać. Bez dwóch zdań. Po prostu musisz. Jeśli tylko znajdziesz chwilę – zrób to.
W toku „normalnej” edukacji nikt nas biznesu nie uczy, a jak już uczy, to zazwyczaj pochodzą od „ekspertów”, którzy w życiu tak naprawdę niewiele osiągnęli, albo nie są to najnowocześniejsze idee, a zwykle jakieś wysłużone teorie z zeszłej epoki. Jednak tak naprawdę, jak zajrzysz do tych najnowszych idei, to się okaże, że wcale najnowsze nie są. Są stare. Po prostu zapomniane.
Stare porzekadło mówi, że najlepsze rzeczy na ziemi są za darmo. Dokładnie o to chodzi też w biznesie.
Kolejność poniższych publikacji nie jest przypadkowa, ale nie jest też z serii „od naj…, do naj…”. Po prostu przytaczam je w kolejności ich nabywania przeze mnie, i czytania i, … mało to popularne niestety … wdrażania.
To do dzieła!
[AHA, inspiracją do napisania tego artykułu była korespondencja z panią mecenas Martą Lampart]
****
CRUSH IT! – Gary Vaynerchuk
Jejku, jejku… Garego znam od wielu lat. W zasadzie do pierwszego odcinka jego wideo bloga Wine Library TV. Nawet nie pamiętam, jak na niego trafiłem. Ciekawostka: Gary jest ode mnie młodszy o jeden dzień 🙂 I ma na swoim koncie rozwój rodzinnej firmy do milionowego przedsiębiorstwa.
Na początku fascynowało mnie to, jak Gary prowadzi swojego wideo bloga o winach. Jego naturalność, pomysły, kontakt z czytelnikami, zapraszani goście, itd. Po jakimś czasie Gary założył dodatkowo blog biznesowy – nie tylko social media, ale głównie organizacja i zarządzanie biznesem generalnie. Prowadził go jeszcze bardziej spontanicznie: wideo miało czasem po kilkanaście sekund. Tutaj dał się poznać, jako po prostu rasowy biznesmen.
W końcu podpisał kontrakt z pewnym wydawnictwem na 3 pozycje książkowe na kilka mln $$ i ruszyła produkcja jego pierwszej biznesowej książki pt. Crush it! (Kiedy napisałem na Twitterze do Garego pytanie, kiedy można spodziewać się jego książki w księgarniach, w ciągu minuty miałem odpowiedź:
O czym jest sama książka? O podstawach. Podstawach w dzisiejszym świecie pełnym nowych technologii. O tym, jak odnaleźć się z własnym człowieczeństwem i przedsiębiorczością w tym wszystkim. Gary jest zdania, że doczekaliśmy takich czasów, w których każdy z nas może żyć godnie (odnosić sukcesy) realizując swoje pasje, cokolwiek to jest. Dlatego szczególnie dzisiaj nie warto robić rzeczy tylko dla pieniędzy, bo nowe media mogą roznieść nasz przekaz po całym świecie, gdzie jest wszędzie mnóstwo klientów. Wystarczy tylko praca, praca, praca. Ale jeśli robisz coś, co cię pasjonuje, to praca nie jest problemem.
Książka oprócz inspiracji zawiera wiele cennych wskazówek z kręgu mediów społecznościowych. Z tego co wiem, to jest wydana już także w języku polskim. Pozostałe jego pozycje to The Thank You Economy, oraz Jab, Jab, Jab, Right Hook – nie ma ich w moim spisie, gdyż po prostu nie uznałem tychże za przełomowe dla mnie.
***
START WITH WHY – Simon Sinek
Simona Sinka i jego wiekopomne dzieło znałem wcześniej, zanim przeczytałem tę książkę. Z jakiegoś powodu nie zwracałem na nią uwagi. Ale pewnego dnia coś mnie tknęło i zdecydowałem o zakupie. Dziwnym trafem, zrobili to również moi znajomi przedsiębiorcy. Od tego dnia NIC już nie jest takie, jak wcześniej.
Simon odkrył pewną zależność, która odpowiada na pytanie: dlaczego niektóre firmy (jak np. Apple, Starbucks, Harley Davidson, i wiele innych) wciąż się rozwijają, a inne są w tarapatach, targają nimi zawirowania kryzysów finansowych, ludzie nie kupują ich produktów mimo, że są całkiem dobre, itd. Owe odkrycie sprowadza się do stwierdzenia, że firmy działające z sukcesem pokazują światu Dlaczego robią to, co robią. U nich produkt nie jest powodem ich funkcjonowania. Za nimi stoi jakaś idea. Coś wielkiego. Podczas kiedy reszta przedsiębiorstw wciąż promuje swoje produkty: pokazują nie dlaczego to robią, tylko pokazują CO robią.
Ta prosta idea nie znajduje zresztą zastosowania wyłącznie w marketingu firmy, ale także w jej organizacji. Porządkuje pewne procesy i zależności między „górą” a „dołem”.
Start With Why jest pozycją, którą bezwzględnie trzeba przeczytać. Kiedy ja i moi znajomi przedsiębiorcy wdrożyliśmy idee w niej zawarte w życie, okazało się, że w każdej bez wyjątku firmie zaowocowało to dynamicznym rozwojem.
Książkę można też znaleźć przetłumaczoną na język polski.
***
ZAPPOS: DELIVERING HAPPINES – Tony Hsieh
Na firmę Zappos trafiłem dzięki Garemu Vaynerchukowi. W pewnym bowiem momencie zrobiło się o niej głośno, kiedy za jakąś astronomiczną kwotę kupił ją Amazon. Dlaczego? Jak mówi Gary, powód jest prosty: Zappos jest tak dobry, że wkrótce zagroziłby Amazonowi. Mnie natomiast zaczęło interesować, skąd wziął się sukces takiej młodej firmy i postanowiłem kupić książkę Tonego – twórcy potęgi Zappos.
Zappos: delivering happines jest książką, po której dotarła do mnie jedna ważna, ba… kolosalnie fundamentalna rzecz: w biznesie, jak i w życiu, liczą się wyłącznie emocje. A firma nie jest po to, aby dostarczać towar, czy usługę, ale po to, aby uszczęśliwiać klientów. Nie tylko poprzez dobry, czy wybitny produkt, ale głównie poprzez obsługę klienta i … wszystkich innych ludzi, którzy z firmą mają do czynienia. I Tony Hsieh właśnie tak rozwija Zappos. Jego klienci z zachwytem kupują buty, dostawcy z zachwytem je dostarczają, banki z zachwytem dają kredyty (może teraz już nie potrzebne…), itd.
Książka jest fascynującą historią samego Tonego, który nie od razu „Kraków zbudował”. Opisuje w niej dochodzenie do swojej filozofii delivering happines. Pozycja jest też o tyle warta lektury, że zawiera procedury, które można wdrożyć we własnej firmie, aby „dostarczać szczęście” własnym klientom. Pozycja jest bezcenna – naprawdę.
***
LEADERS EAT LAST – Simon Sinek
No i ponownie pojawia się w tym zbiorze Simon Sinek. Tę książkę kupiłem jeszcze w przedsprzedaży. Wiedziałem, że muszę ją mieć, skoro ma być tak dobra, jak Start With Why. I nie pomyliłem się – pozycja nawet przeszła moje oczekiwania.
Leaders eat last to książka, która mnie pozwoliła zrozumieć dwie rzeczy. Pierwsza – skąd biorą się emocje, a głównie zaufanie i poczucie bezpieczeństwa (kluczowe dla powodzenia firmy, chociaż nie tylko). Druga – kim jest lider (osoba wiodąca), że każdy potrzebuje lidera, a lider potrzebuje kogoś, kto będzie za nim podążał i go wspierał. Stosunek lidera i tych, którzy za nim podążają, jest stosunkiem wzajemnym: jedni i drudzy mają wobec siebie prawa i obowiązki, ale nie takie jakby skodyfikowane, ale bardziej wypływające z naszej natury (biologii).
Dla mnie osobiście owe spostrzeżenia Sinka miały ogromny walor, kiedy web.lex zaczął się intensywnie rozwijać i zacząłem zatrudniać więcej ludzi, oraz z większą ilością ludzi współpracować i po prostu bywać tu i tam. Po tej lekturze zdałem sobie też sprawę z mojej roli, jako organizatora naszej Grupy.
Książka dostępna też w języku polskim.
***
CZAS REFORMATORÓW – W.C. Taylor, P. Labarre
Tę książkę kupiłem na wyprzedaży. Nudziłem się kiedyś czekając na SKM na Dworcu Śródmieście w centrum stolicy, więc aby zabić tę nudę zaszedłem na stały kiermasz książek wszelakich. Swe kroki skierowałem do działu Biznes i marketing i … od tego czasu zawsze tam zachodzę, jak tylko mam chwilę: można znaleźć prawdziwe perełki.
O czym jest Czas Reformatorów? Książka jest szeregiem historii firm, które odnoszą sukcesy w swoich branżach. Nie chodzi tutaj o marki takie, jak Apple, czy Starbucks, ale o wiele bardziej niszowe, które wkraczają w konkurencyjne branże i zyskują trwałą pozycję z gigantycznymi zyskami (np. Craigslist). Jak to robią? Recepta jest banalna: robią po prostu inaczej. Często zaprzeczają utartym szlakom, dają inny serwis, jasno pokazują kim są, są inne, itd.
Czego się nauczyłem? Tego, żeby odważnie być innym, żeby web.lex był firmą inną, niż każda inna firma doradcza, czy każda inna agencja marketingowa. I żeby nie bać się, ani nie wstydzić tej inności. Żeby mieć odwagę powiedzieć pt. klientowi: nie musisz być z nami, jeśli nie pasujesz do nas.
Czas reformatorów czyta się jak powieść. Dzięki temu, że zawiera historie. W dodatku pasjonujące. A teoria bycia innym, wydaje mi się, że szczególnie warta uwagi w środowisku kancelarii prawnych i rosnącej konkurencji.
***
KIEDY RYBY LATAJĄ – J. Michelli, J. Yokoyama
Tę książkę kupiłem w tym samym miejscu, co powyższą – kosztowała całe 6 złotych, ale warta jest co najmniej dziesięć tysięcy razy tyle. Do jej zakupu zachęcił mnie jej skrót na tylnej części okładki: oto jakiś facet zakłada stoisko z rybami w Seattle, a za chwilę zjeżdżają się tam tłumy gapiów, klientów i … prezesów globalnych korporacji (np. Toyoty), którzy uczą się tworzenia kultury firmy układając ryby na półkach.
Dlaczego sprzedawca ryb stał się znany na całym świecie? Po pierwsze taki miał plan, który zaczął realizować. Po drugie, zaczął zatrudniać właściwych ludzi i potem z nimi pracować nad… (po trzecie) wyrazistą kulturą firmy.
Kultura firmy to tutaj jest właśnie słowo klucz. Kiedy ryby latają pokazuje, co to jest kultura w firmie i jak ją pielęgnować, jak ją odkryć, jak nią zarządzać, jak uczyć zespół firmowej kultury, jak nauczyć pracowników, aby sami brali udział w pielęgnowaniu kultury.
Mało tego, na samym końcu książki autorzy podają procedurę wdrożenia kultury w firmie. Cenny fragment.
Co ja z tego wyniosłem? Przede wszystkim zrozumiałem, co to znaczy kultura w firmie i jej tożsamość, co wzmocniło moje przekonanie o tym, że warto być wyrazistym, że warto się wyróżniać, że warto podążać swoją własną drogą. Utwierdziłem się przy tym w przekonaniu, że kluczem powodzenia w firmie jest dobrze dobrany zespół, który podziela wartości firmowe i o nie potrafi walczyć.
Pozycja bezcenna. Napisana jak historia. Dość krótka. Naprawdę warto.
***
To wszystkie pozycje książkowe, które uważam za fundamentalne w rozwoju każdej firmy. Które pomogły mnie samemu zrozumieć w biznesie role klienta, firmy i jej otoczenia. Na pewno takich pozycji jest więcej. Sam na półce mam ich jeszcze kilka, do których nie miałem jak dotąd czasu zajrzeć, ale ich czas z pewnością nadejdzie.
Oczywiście książki to nie wszystko, co jest potrzebne w rozwoju firmy. Równie ważne, jak nie ważniejsze, jest obcowanie z ludźmi, którzy mają doświadczenie i pewne rzeczy już za sobą. Miałem to szczęście, że na swojej drodze trafiałem na wybitnych przedsiębiorców, którzy mnie wiele nauczyli i od razu skierowali na właściwe tory, dzięki czemu raczej nie błądziłem. Radziłem się ich w wielu kwestiach, ale przede wszystkim to korzystałem – i nadal korzystam – z ich szkoleń.
Jeśli będzie kiedyś okazja, to chętnie Ci o nich napiszę 🙂
Jak donoszą media, kierunek Prawo i w tym roku wybrało najwięcej kandydatów na studia wyższe [link].
Kiedy ja przystępowałem do nauki na WPiA UW w roku 1996 (kurde, kurde, jak ten czas leci….) studia prawnicze oferowały wyłącznie uniwersytety. Na jednym roku było nas 1200 – kiedy kończyłem: tylko 600. Wtedy jeszcze zawód prawnika dawał niemal w 100% dobrą pracę i nie trzeba było wielkiego wysiłku, aby ją zdobyć.
Jak jest teraz, wszyscy wiemy dobrze.
Nie wiedzą tego jednak kandydaci na studia. I chociaż media przebąkują czasem o tym, że jest to dziś ciężki kawałek chleba, to jednak uczelnie wciąż kuszą wizją prestiżu, ogólnego szacunku, wyższych sfer, itp. I jest, jak jest 🙂
Jaka jest moja opinie w tym temacie?
Wiesz … ja trafiłem na studia prawnicze ponieważ chciałem zmienić swoje życie i wyzwolić się z otaczającej mnie muzyki (byłem zawodowym muzykiem – jeśli tego jeszcze nie wiedziałeś, to już wiesz). Więc, jak większość moich znajomych, poszedłem tam, gdzie miałem największe szanse na zmianę.
I dla mnie przejście ze świata gam, koncertów i ciągłych muzycznych podróży, a wejście w świat przepisów, norm prawnych, historii prawa, prawa rzymskiego, filozofii i genialnie prowadzonych doktryn politycznych i prawnych, było czymś takim, jakbym osiedlił się na innej galaktyce. Studia na UW wiele mnie nauczyły, dzięki nim poznałem i zrozumiałem po prostu otaczający mnie świat i jego zależności. Bez dwóch zdań dla mnie była to szkoła życia i studia w tradycyjnym tego słowa znaczeniu.
Dlatego uważam, że to dobrze, że tyle osób chce kształcić się w tym kierunku. Co prawda mają inne cele i wyobrażenia, ale życie koniec końców to zweryfikuje. Natomiast w głowach zostanie to, co zostanie i to chyba jest najbardziej wartościowy efekt tej ogólnej chęci studiowania prawa.